Gość z vuvuzelą w Volunteer Centre
Wolontariusz z Afryki
Nikt nigdy nie wie, gdzie jest, czy w ogóle przyszedł. Gdy się okazuje, że grasuje gdzieś w pobliżu, trzeba uważać, by nie dostać mocnego kuksańca znienacka w plecy na przywitanie. Nie rozstaje się nigdy ze swoją wierną vuvuzelą, która, jak sam przyznaje, jest jego drugą dziewczyną.
To Williams, jeden z najbardziej „powalonych” ludzi na Soccer City.
Williams studiuje księgowość na jednym z uniwersytetów w Ghanie, skąd pochodzi. Do Johannesburga przyjechał, bo lubi wielkie wydarzenia, a na stadionie w Rustenburg, gdzie się pierwotnie dostał, było dla niego za ciasno (w końcu obiekt ten mieści jedynie 45 000 ludzi). Williams jest na Soccer City od samego początku, a swoimi numerami zasłynął już niemal w całej grupie.
Nie wiem czy to prawda, czy mit, ale po Volunteer Centre krąży plotka, że człowiek ten podczas ceremonii otwarcia założył się z kimś, że podbiegnie do szefa FIFA, Josepha Blattera i w typowy dla siebie sposób klepnie go na przywitanie w plecy. Oczywiście Williams zakład przegrał, ale podobno przez cały dzień wszyscy czekali w napięciu, co ich niedawno poznany szalony współtowarzysz pracy wykombinuje, by wygrać vuvuzelę z podpisem Zidane’a. Cóż, zadowolić się będzie musiał swoją własną, wierną od lat, z którą chodzi nawet do toalety, gdyż nie chce, by stało jej się coś złego pod jego nieobecność. Kupił ją podobno niegdyś podczas jednej ze swoich podróży do RPA. Miłość od pierwszego wejrzenia.
A trzeba przyznać, że „druga dziewczyna” Williamsa dała się nam wielu we znaki: jak pisałem, człowiek ten uwielbia podbiegać do ludzi i ni stąd, ni zowąd klepać ich mocno w plecy. Teraz, pisząc ten artykuł również rozglądam się co jakiś czas, czy nagle nie zjawi się gdzieś Williams i nie sprawi, że polecę głową prosto na ekran monitora. Ale znacznie bardziej obawiam się tego, że stanie gdzieś z tyłu za mną, jak to często ma w zwyczaju robić, przystawi swoją vuvuzelę do mojego ucha i w ostatnim momencie, gdy zorientuję się, że coś się święci, zadmucha tak, że będzie mi dudnić w uszach jak po wygranym meczu „Bafana Bafana”, którego notabene na tych mistrzostwach nie było. Gdy jak każdy w tym momencie spytam „Hey, man, what the hell?” odpowie z niewinnym uśmiechem: „Hey, man, moja dziewczyna chciała się z tobą tylko przywitać”.
Bardzo żałuję, że Williamsa nie było z nami w Volunteer Centre podczas ostatniego meczu RPA na turnieju. Ciekawi mnie, co wykombinowałby tym razem, by zapaść w pamięć wszystkich zgromadzonych przed telebimem w centrum wolontariatu. Bo trzeba przyznać, że kibicował tej drużynie prawie tak, jak swojej ukochanej Ghanie (ta afrykańska solidarność!) Gdzież jednak indziej mógłby w tym czasie przebywać niepoprawny politycznie i szalony zarazem kibic, jak nie w Bloemfontein, gdzie to „Bafana Bafana” starała się ograć Francję 4 – 0 i awansować do drugiej rundy. My natomiast na sam dźwięk vuvuzeli dochodzący z trybun poklepywaliśmy się i mówiliśmy do siebie: „Tak, tak, Williams jest na meczu, już wiemy”…
Akcje Williamsa są tak częste, pojedyncze i spontaniczne, że trudno je opisać, gdyż albo mogą się wydać banalne, albo nieśmieszne. Trzeba je zobaczyć na własne oczy; gdy pozna się tego człowieka, zrozumie się, że przy nim nie można się nie śmiać. Jednym z ciekawszych numerów, jakie Williams wykręcił był ten podczas meczu Anglia – Słowenia. Otóż już od dawna kilku angielskich wolontariuszy ostrzyło sobie zęby na to spotkanie, mecz jak to się mówi „wóz albo przewóz” dla ich drużyny. Wszyscy wiedzieliśmy, że oflagują się i przyjdą w całym rynsztunku dopingować swoją drużynę do Volunteer Centre. Wiedział to też on… Gdy Anglicy zasiedli wygodnie przed ekranem i zaczęli śpiewać swoje „Rule Bretannia”, zobaczyliśmy Williamsa i jego dwóch kolegów wchodzących do centrum wolontariatu z… flagami Słowenii i krzykiem „Slo-ve-ni-ja, Slo-ve-ni-ja!”. Nie wiem skąd pozyskał on te chorągwie, na Soccer City nie ma przecież żadnego wolontariusza/ki ze Słowenii. Zapewne wiedział to doskonale i uznał, że drużynie tej przyda się wsparcie od wewnątrz. Ktoś mógłby pomyśleć, że na tym się skończyło, ale człowiek ten rzeczywiście przez cały mecz zrywał się z fotela, gdy piłkarze słoweńscy dochodzili do sytuacji strzeleckich i co chwila poklepywał Anglików pytając: „How’s it, guy’s?” Osobiście kibicowałem w tej grupie Anglikom i Amerykanom; ci drudzy w dramatycznych okolicznościach wyprzedzili Słowenię dzięki zwycięstwu nad Algierią w ostatniej minucie meczu. Gdy Williams już tańcował i cieszył się z awansu „swojej drużyny” z drugiego miejsca, padła właśnie ta bramka dla USA. Wtedy to w tango puścił się Hans, nasz najstarszy wolontariusz, Amerykanin z Arizony. Nie przeszkodziło to naszemu Ghańczykowi przyłączyć się do niego i świętować awans popularnych „Jankesów”. Najwyraźniej jego wewnętrzna potrzeba tańca była jednak dużo silniejsza niż miłość do ekipy Słowenii…
Innym razem z kolei, po meczu Niemcy – Ghana, gdzie w zasadzie wszyscy Afrykańczycy wspierali drużynę ze swojego kontynentu, przyłączył się do grupki kibiców udzielającej wywiad amerykańskiemu reporterowi. Wraz z nimi krzyczał głośno, że w jednej ósmej Ghana rozniesie USA i pokaże całemu światu, że jest potęgą piłkarską, dochodząc później co najmniej do półfinału. Wszędzie, gdzie coś się dzieje, można się spodziewać, że zjawi się Williams i dorzuci swoje trzy grosze.
Praca wolontariusza na mistrzostwach jest zawsze pełna ciekawych zdarzeń, niespodzianek, niesamowitych wrażeń. Spotyka się tu najróżniejsze typy ludzi, od muzułmanek noszących chusty na głowach po „luzackich” Amerykanów, dla których wszystko jest „cool”. Każda z tych osób przyczynia się w jakimś stopniu do tego, że Volunteer Centre tętni życiem, jest w swoim rodzaju wyjątkowe i staje się drugim domem wolontariusza/ki. Są też jednak ludzie, tacy jak Williams, których po prostu potrzeba, by w momencie napięcia rozładować atmosferę, urozmaicić nieco codzienność przygotowań do meczów na naszym stadionie. Wszystko mu ujdzie na sucho, a niektóre z jego numerów przejdą do historii Soccer City. Takich „wariatów” nigdy za wiele…
Wolontariat na mundialu w RPA - czytaj na bieżąco blog Marka Rybotyckiego.








Skomentuj Komentarzy: 0