Połączyć pasję, zdobywanie doświadczenia i miłość do sportu...
Choruję na wolontariat
Jakiś czas temu na fejsbukowej stronie Fundacji Volunteers for Sport padło stwierdzenie, że wolontariat jest jak epidemia, wirus... zbiera coraz większe żniwa. Cóż, ja się z tym jak najbardziej zgadzam, bo sama zachorowałam i czuję, że to nieuleczalna choroba. A zaczęło się tak…
Sport od zawsze był obecny w moim życiu. Od dziecka razem z całą rodziną, a szczególnie z mamą, śledziłam wszystkie wydarzenia sportowe w telewizji, radiu, internecie lub na żywo. Siatkówka, piłka nożna, pływanie, snooker, lekkoatletyka, tenis… można by tak wymieniać i wymieniać. Oczywiście moje uwielbienie do sportu nie jest tylko bierne. Wiele lat trenowałam pływanie, dużo biegałam, jeździłam na rowerze, na rolkach, na łyżwach. Czynnie kibicowałam chodząc na wszystkie mecze ukochanej Politechniki… Jednak życie idzie do przodu, wszystko się zmienia… studia, praca, coraz mniej czasu, więc powoli aktywny odpoczynek zszedł na boczny tor.
Na szczęście pod koniec maja 2011 znalazłam złoty środek - zapisałam się na swój pierwszy wolontariat sportowy. Połączyłam swoją miłość do sportu, możliwość kibicowania, chęć pomocy innym oraz zdobycie doświadczenia w organizowaniu różnych imprez sportowych (i nie tylko). Na początku myślałam, że to będzie dobry wstęp i próba sił przed nadchodzącym EURO 2012, na które również chciałam się zgłosić jako wolontariuszka. Jednak po 29 maja 2011, czyli Maratonie Sztafet organizowanym przez Fundację „Maraton Warszawski”, wiedziałam, że nie będę już mogła żyć bez tego typu akcji, a wolontariat podczas EURO 2012 zszedł na dalszy plan.
W krótkim czasie od maja do września starałam się angażować w jak najwięcej imprez sportowych i kulturalnych. W ciągu wakacji pomagałam przy konferencjach sportowych, przy Pucharach Maratonu, we wrześniu wzięłam udział w wolontariacie podczas VI Ogólnopolskiego Forum Inicjatyw Pozarządowych, a w poprzednią niedzielę miałam swój debiut jako liderka grupy wolontariuszy podczas 33. Maratonu Warszawskiego. Te wakacje były pełne wrażeń, ale przez te kilka miesięcy nabrałam pewności, że angażowanie się w wolontariat sportowy oraz inne inicjatywy, również te związane z animacją kultury, to coś czego brakowało w moim życiu. Przez długi czas szukałam czegoś co mnie zainspiruje i da mi kopa energii. I znalazłam!
Po każdym takim dniu spędzonym pod znakiem „wolontariatu sportowego” wracam do domu mega zmęczona, a jednocześnie pełna energii, satysfakcji i z uśmiechem na twarzy. Nosi mnie przez kolejne kilka dni, chociażby tak jak teraz, gdy piszę ten tekst. Niesamowite uczucie, przeżycie, emocje, nowe doświadczenia, ale i wyzwania, poznanie nowych ludzi, inspiracja, pobudzenie kreatywności, wiele nowych pomysłów na siebie i nie tylko.
Podczas ostatniego wydarzenia doszedł jeszcze stres związany z liderowaniem grupie wolontariuszy. Połowę z nich znałam od wielu lat, bo to moi przyjaciele i bliscy znajomi, a pozostałych widziałam pierwszy raz w życiu. Bałam się czy podołam i ogarnę taką grupę osób. Czy zachęcę innych do dalszego działania w wolontariacie? A moi znajomi, których sama zachęcałam i nakręcałam, czy się nie rozczarują? Podobno wyszło dobrze i wszystko się udało, a stres szybko zamienił się w euforię.
Od niedzieli słyszę od wolontariuszy z mojej grupy, w większości debiutantów w tego typu działaniach, że są mega usatysfakcjonowaniu, że chcą więcej, że czekają, aż dam znać o kolejnym wolontariacie. Pytają gdzie szukać i jak się zaangażować… A niektórzy już planują, że za rok sami pobiegną w Maratonie, bo tak ich to zainspirowało. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy, właśnie któraś z tych osób będzie mogła się podzielić swoimi wrażeniami dotyczącymi wolontariatu sportowego! Ja natomiast wiem, że dla mnie to podwójny sukces, podwójna satysfakcja – nie dość, że sama udzielam się w wolontariacie sportowym, to teraz wciągnęłam w to kolejne osoby. To cieszy, i to bardzo!








Skomentuj Komentarzy: 0